Reforma wskaźników referencyjnych, czyli stopniowe odejście od WIBOR-u, przez lata budziła obawy, że banki będą ją hamować. Wiceminister finansów Jurand Drop uciął te spekulacje. Jego zdaniem instytucje finansowe nie sprzeciwiają się zmianie. To ważny sygnał dla milionów osób, których raty zależą dziś od tego jednego wskaźnika.
Na czym polega reforma wskaźników referencyjnych?
WIBOR to stawka, według której banki wyliczają oprocentowanie większości kredytów o zmiennym oprocentowaniu w Polsce. Dotyczy to przede wszystkim hipotek, ale też części kredytów firmowych i gotówkowych. Do niego dokłada się marża banku i tak powstaje oprocentowanie, które płaci klient.
Reforma zakłada zastąpienie WIBOR-u nowym wskaźnikiem opartym na realnych transakcjach na rynku międzybankowym. Nowy indeks przyjął nazwę POLSTR. Proces prowadzi Narodowa Grupa Robocza, a nadzór nad całością sprawuje Komisja Nadzoru Finansowego.
Celem jest to, żeby wskaźnik był bardziej odporny na manipulacje i lepiej odzwierciedlał faktyczny koszt pieniądza. Docelowy termin całkowitego wygaszenia WIBOR-u to koniec 2027 roku.
Co powiedział wiceminister Drop?
Drop odniósł się do powtarzanego argumentu, że sektor bankowy blokuje reformę z obawy o własne interesy. Według niego instytucje finansowe nie zgłaszają sprzeciwu wobec kierunku zmian. Uczestniczą w pracach grupy roboczej i przygotowują systemy do obsługi nowego wskaźnika.
To istotne, bo bez współpracy banków żaden nowy indeks się nie przyjmie. To one muszą przeliczyć umowy, dostosować systemy informatyczne i wprowadzić nowy wskaźnik do nowych ofert kredytowych.
Co zmiana WIBOR-u oznacza dla kredytobiorcy?
Najczęstsze pytanie brzmi: czy rata spadnie. Odpowiedź jest ostrożna. Reforma nie jest pomyślana jako sposób na obniżenie rat. Chodzi o wiarygodność wskaźnika, a nie o rabat dla klientów.
Nowy indeks może dać nieco inne wartości niż WIBOR. Żeby przejście było neutralne dla obu stron umowy, stosuje się tak zwaną korektę (spread). Ma ona wyrównać różnicę między starym a nowym wskaźnikiem w momencie zamiany.
W praktyce oznacza to, że rata po konwersji powinna być zbliżona do tej sprzed zmiany. Nie ma jednak gwarancji, że w kolejnych miesiącach nie zmieni się w górę lub w dół. Nowy wskaźnik, tak jak WIBOR, będzie reagował na poziom stóp procentowych ustalanych przez Radę Polityki Pieniężnej.
Przykład pokazuje skalę problemu. Przy kredycie 400 tys. zł na 25 lat każdy punkt procentowy różnicy w oprocentowaniu to około 230-250 zł miesięcznie. Dlatego sposób przeliczenia umów jest tak pilnie obserwowany.
Czy trzeba coś teraz robić?
Nie. Kredytobiorca nie musi podpisywać nowych aneksów z własnej inicjatywy ani biec do banku. Zamiana wskaźnika w istniejących umowach ma nastąpić na mocy przepisów i rozporządzenia, a nie indywidualnych negocjacji.
Nowe kredyty stopniowo oferowane są już w oparciu o nowy wskaźnik. Jeśli bierzesz dziś hipotekę, warto dopytać, na jakim wskaźniku będzie oparte oprocentowanie i jak wygląda jego historyczna zmienność.
Co dalej z reformą?
Deklaracja wiceministra nie zamyka tematu. Przed rynkiem jeszcze przeliczenie milionów umów, testy systemów i kampania informacyjna. Sporo zależy od tego, czy harmonogram do końca 2027 roku uda się utrzymać, bo poprzednie terminy były już przesuwane.
Dla kredytobiorcy najważniejsze jest jedno. Reforma to zmiana techniczna, a nie automatyczna obniżka raty. Warto śledzić komunikaty swojego banku i KNF, zamiast opierać decyzje na obietnicach nagłego spadku kosztów kredytu.